Rozdział I
6 lutego 2010
Życie bez zabawy i rozrywki jest do dupy.
Balansowanie na granicy dwóch światów. Spazmatyczne chwytanie się wszystkiego, co może dostarczyć uciech psychicznych i cielesnych. Nadzwyczaj poetyckie wyrażanie siebie, doprowadzające resztę ludzi do białej gorączki. Subtelnie przeplatające się ze sobą epickie kłamstewka i trywialnie mówione prawdy. Kolokwialne przykłady. Wulgarne słowa, gesty, zachowanie. A potem już tylko krok od wdepnięcia w totalne dno i bagno. Niesamowicie finezyj...
- Na Merlina! Frankie pisze pamiętnik! Haha, nie wierzę!
Czarny, ogromny kleks, znalazłszy swoje miejsce pod niedokończonym słowem, wcale nie nadawał całokształtowi notatki reprezentacyjnego wyglądu, a jedynie sprawiał, że tekst, jakże mądrze napisany, uchodził za kolejne, nic nie znaczące przemyślenie.
Już zabierałem się do wyrwania poplamionej kartki z zeszytu, kiedy sprawca całego nieszczęścia wyciągnął mi zgrabnym, szybkim ruchem notatnik z rąk. Ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy, przyglądałem się przyjacielowi, który przerzucał zapisane stronice. Oczy Marcela z każdym przeczytanym zdaniem robiły się coraz większe, a wyraz twarzy poważniejszy. Skończywszy, bez słowa oddał mi zeszyt, kiwając z uznaniem głową.
- No, stary... Robi się z ciebie prawdziwy artysta – przyznał z podziwem, klepiąc mnie po plecach. - To kiedy rozkręcasz coś na poważnie?
Zmarszczyłem czoło, patrząc na niego, jakby wyrosła mu dodatkowa para uszu. Swoją drogą – na pewno wyglądałby wtedy o wiele ciekawiej, a i niektóre informacje może na dłużej zagnieżdżałyby się w jego głowie. Albo przynajmniej docierałyby do niego.
- Ty masz szczęście, że jestem zbyt leniwy, żeby ci porządnie przypieprzyć, Reynell – odparłem, przewracając się na plecy i zakładając ręce za głowę.
- Nie wierzę, że uderzyłbyś kalekę – powiedział z wyrzutem, wskazując na swoją rękę włożoną w temblak, i odwrócił się do mnie bokiem.
- Taki z ciebie kaleka, jak z Luke'a Casanova!
- Ja tu jestem i wszystko słyszę! - Wrzasnął Lucas, z twarzą wbitą w poduszkę.
- I o to chodzi, słońce – rzuciłem uprzejmym tonem, uśmiechając się przy tym obłudnie.
W odpowiedzi udało mi się usłyszeć tylko niewyraźne, stłumione materiałem mruknięcie, które mogło oznaczać cokolwiek. Chwilę później wszystko wskazywało na to, że chłopak ponownie oddał się w objęcia Morfeusza. Machnąłem więc jedynie ręką, lokując spojrzenie czekoladowych oczu na plecach przyjaciela i czekając aż ten raczy się odwrócić w moją stronę. Kiedy to nie nastąpiło, wywróciłem oczami i szturchnąłem go stopą. Poskutkowało – Marcel leniwie obrócił głowę i uniósł pytająco brew, a jego wzrok wyraźnie mówił: „O co ci chodzi, koleś? Ja tu tylko siedzę!”.
Na Merlina, żebyś ty tu TYLKO siedział!, pomyślałem ze zrezygnowaniem, a potem nakryłem się poduszką, by ukryć łzy rozpaczy, jakie napłynęły mi do oczu. Czasem miałem wrażenie, że proste sygnały wysyłane do otoczenia, które, zdawać by się mogło, wszyscy z łatwością powinni odczytywać, są zbyt skomplikowane. Nie było w tym za grosz logiki.
- Nuuudzi mi się – jęknąłem, patrząc na niego zza poduszki, i wygiąłem usta w podkówkę. – I zrobiłbym coś, co mogłoby uratować mnie od nieuniknionej zagłady, ale... – urwałem, drapiąc się po brodzie. - Tu pojawia się drobny problem. Nie mam pomysłów!
Marcel popukał się w czoło i położył na łóżku obok mnie. Zabrał mi poduszkę, po czym podłożył ją sobie pod głowę. Grymas niezadowolenia przemknął przez mą twarz, lecz starszy Gryfon miał wiele okazji, by niemal na pamięć wyuczyć się każdej mojej miny, co spowodowało, że i tym razem nie dał się oszukać, a co za tym idzie – nie zaczął mnie gorączkowo przepraszać.
- Odwiedź siostrę Harlan – podsunął po pewnym czasie, a następnie ziewnął przeciągle. – Jestem pewny, że nie zapomni ci tego do końca życia. W Skrzydle Szpitalnym ostatnimi czasy panuje okropna nuda!
- Nie dziwię się, skoro odwiedza ją niejaki Marcel Reynell. To podobno straszny malkontent!
Jakoś niespecjalnie żałowałem, że nie będzie wiedział, iż to nie żarty. Ale raczej nigdy nie zdobyłbym się na to, żeby powiedzieć mu to prosto w oczy, szczególnie gdy tylko ja mam jakieś obiekcje co do narzekania Marcela. Coś mi się zdaje, że to przez nieustanne przebywanie w jego towarzystwie.
- Właśnie! Więc na co czekasz? Do boju, Franklinie! - powiedział niecierpliwym głosem, a ja westchnąłem ciężko. Żeby mi się jeszcze chciało zwlec z łóżka, to byłoby dobrze!
- Ale pójdziesz ze mną? - zapytałem, trzepocąc rzęsami niczym jedna z pannic zadurzona po uszy w Lucasie. – Bo ja tak bardzo się wstydzę...
- Jasne, słońce. Ruszaj swój zgrabny tyłek i idź zdobywać świat!
- A ty wędruj ze mną, mój wierny Sanczo!
Wstając z łóżka, usłyszałem jeszcze, jak Marcel rzuca pod nosem groźby wymierzone we mnie. Uśmiechnąłem się szeroko, zakładając na siebie koszulę i niedbale wiążąc krawat.
- Tylko mi nie zbłądźcie po drodze! - rzucił Luke, najprawdopodobniej obudzony naszym dość głośnym szykowaniem się na misję podboju niewieściego serca.
- Spokojna głowa! - odpowiedzieliśmy zgodnym chórkiem, zanim Marcel zatrzasnął drzwi, co wywołało lawinę przekleństw ze strony Cavendisha. Ups?

Ups. Droga do Skrzydła Szpitalnego okazała się jednak zbyt trudna i długa, żebyśmy mogli dotrzeć tam bez zbędnych kłopotów w postaci natrętnego Irytka. Nie można mieć wszystkiego.
- Nie maż się, to tylko woda. – Drugi raz w ciągu dnia zostałem poklepany po plecach, tym razem w geście pocieszenia.
- Gdyby mi złamał nos, wyglądałbym bardziej kwitnąco... – wyjaśniłem z żalem, wyciskając mokrą koszulę. - I może któraś wreszcie zwróciłaby na mnie uwagę – dodałem ze skwaszoną miną. Chwilę później moją twarz rozświetlił promienny uśmiech. Tak, jestem geniuszem! – Marcel, złam mi nos!
- Że co proszę? – zapytał oszołomiony, odwracając się do mnie gwałtownie.
- Złam mi nos – powtórzyłem cierpliwie, krzyżując ręce na piersi. – No już, czekam. Świat ci się od tego nie zawali.
On jednak, na przekór moim słowom, zakrył ręką oczy, kręcąc głową i mrucząc pod nosem, że z jakim to się kretynem zadaje. No tak, nie brałem poprawki na to, że młodych, genialnych geniuszy nikt nie rozumie. Przynajmniej na początku. Niestety potem jest już za późno.
Przygryzłem wargę, robiąc naburmuszoną minę, co miało ukryć fakt, że gorączkowo myślę, jak sprowokować Marcela. Coś przecież musiało istnieć, co wyprowadziłoby go z równowagi. Aż taką oazą spokoju to on nie jest. Myśl, Frankie, myśl!
Wybawienie pojawiło się niemal od razu. Zza załomu korytarza wyszła ta, do której Pan Opanowany wzdychał po nocach i przez którą to mi śniły się koszmary, gdy musiałem wysłuchiwać jego pełnych żałości monologów. Kitty Jefferson we własnej, zjawiskowej osobie. Chociaż teraz wcale tak zjawiskowo nie wyglądała. Ech, chyba nie jestem obiektywny...
Dziewczyna z, o zgrozo!, wianuszkiem swoich wiernych koleżanek, była coraz bliżej, a mi do głowy nie przychodził żaden sensowny pomysł. Byłem na siebie bardzo zły, ponieważ zdawałem sobie sprawę z tego, że zaraz przejdzie mi koło nosa, i to dosłownie, jedyna szansa na zdenerwowanie Marcela. Gdybym się znienacka rzucił na Krukonkę, nie zrobiłoby to na nim większego wrażenia – przyzwyczaił się do moich dziwnych zachowań i wytłumaczyłby Kitty ze spokojem, co się stało, a ja zostałbym nieoficjalną swatką. Ten scenariusz odpada na pewno. Druga możliwość to zasypanie jej gradem pytań, niekiedy bardzo krępujących. Jednak to niemal pewne, że Marcyś znowu przyszedłby na ratunek swojej ukochanej, ona byłaby wdzięczna jemu, a on mi. I znowu plan spaliłby na panewce, bo za pomoc nie obrywa się w twarz.
Z nieukrywaną żałością powiodłem wzrokiem za Jefferson, która dumnym, lekkim krokiem minęła nas, nie zaszczycając spojrzeniem ani mnie, ani Marcela. Niska, pulchna brunetka, zauważyła moje „tęskne” spojrzenie i w przypływie altruizmu podeszła do mnie, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Wątpię, by długo wytrzymała przy Adamie Bellingerze – szepnęła, uśmiechając się porozumiewawczo. - Więc następnym razem na pewno ci się uda.
Potem, jakby nigdy, nic odeszła, a ja zdążyłem jeszcze zobaczyć rozwścieczone spojrzenie Gryfona, nim ten nie wyprowadził nagle prawego prostego. Momentalnie pociemniało mi przed oczyma. Zatoczyłem się na ścianę, przeklinając wszystko, co się dało i trzymając się za nos, z którego trysnęła krew.
Kiedy zamroczenie minęło, spojrzałem w górę, wycierając krew rękawem. Kitty ze swoimi koleżankami, najprawdopodobniej zwabiona moim jęczeniem, stała nieopodal, rozmawiając przyciszonym głosem. Marcel tkwił nade mną, jak kat nad dobrą duszą, i ciskał z oczu gromy. A przecież nie zdążyłem nic zrobić!
- O co ci chodzi?! - jęknąłem, szczerze zdziwiony jego zachowaniem.
- O co chodzi? - powtórzył powoli, pochylając się w moja stronę. - O co mi chodzi? - Tym razem syknął, dźgając mnie placem w klatkę. - A to przed chwilą, to co to niby miało być? Dobrze wiesz, że to moja muza! Że to ja się o nią staram od trzeciej klasy. Że... Że... - urwał, wciągając w płuca zbyt dużo powietrza, niż było to potrzebne.
Spojrzałem na niego wyczekująco. Proszę, niech skończy swoje kazanie, ja tu mogę przecież tkwić cały wieczór. Calusieńki!
- Ja krwawię – przypomniałem mu, gdy po dłuższej chwili nie doczekałem się dalszej części pouczenia o lojalności wobec przyjaciół.
- Ty nie krwawisz! - Z pomocą przyszła mi ta sama brunetka, dzięki której teraz mam miazgę zamiast nosa. - Ty się wykrwawiasz! Chodź, zaprowadzę cię do siostry Harlan, skoro kolega jest taki brutalny i nieczuły – dodała, patrząc karcąco na Marcela.
- Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł – zaoponowała muza Pana Opanowanego, podchodząc do nas, a reszta jej koleżanek podążyła za nią, niby cień. Hmm, to musi być fajne, mieć swój własny cień!
- Nie sądź, a nie będziesz sądzona – powiedziałem zgodnie, jak jeden mąż, z Marcelem.
Wymieniliśmy rozbawione spojrzenia, lecz już po chwili ujrzałem w oczach chłopaka ponowną niechęć i wrogość. Na Merlina, co on wyprawia? Chyba nie obraził się na mnie na poważnie, za coś, czego nie zrobiłem? Z tego, co mi wiadomo, do leglimenty mu daleko, jak stąd, do środka Zakazanego Lasu, zatem niemożliwym jest, by wyczytał mi z myśli, co planowałem zrobić.
- Widzisz, Anne! Nie można im wierzyć. Zostaw go w spokoju i chodź. Profesor Gowlan nie będzie czekała na nas w nieskończoność.
- Ale... On się wykrwawia – zaprotestowała ta, nazwana Anne. Jednak protest nie był zbyt skuteczny, ponieważ ponaglające spojrzenie Kitty przekonało dziewczynę. Wzruszyła tylko ramionami i, patrząc na mnie przepraszająco, ruszyła za liderką.
Świetnie, zostałem skazany na śmierć w męczarniach, przez jakąś... Krukonkę! A tyle się mówi, że Ravenclaw to skarbnica wiedzy; że to inteligencja szkoły! I proszę, właśnie widać, jacy są inteligentni. Zero wiedzy na temat zasad humanitaryzmu i obrony praw drugiego człowieka. Straciłem wiarę w ludzi.
- I co tak siedzisz? - zapytał Marcel przez zaciśnięte usta. - Może byś się raczył wytłumaczyć?
- Z czego? To nie ja złamałem nos kumplowi!
Reynell wywrócił oczyma.
- Sam tego chciałeś – przypomniał mi brutalnie i pomógł wstać. – A teraz chodź do tego Skrzydła, bo jednak nie chcę cię mieć na sumieniu. Ale! - Ostrzegł, wymierzając we mnie palec. - Zaraz potem ze wszystkiego mi się wyspowiadasz!
- Dobra, dobra – rzuciłem lekceważącym tonem, zarzucając sobie mokrą i zakrwawioną koszulę na ramię.
Ech, życie Franklina Morrisona jest naprawdę ciężkie.

- Nie wierzę ci.
- Marcelu Reynell, psujesz moje wyobrażenia o niewiernym Tomaszu – powiedział niedbale Lucas, z zapamiętaniem zapisując arkusz pergaminu skomplikowanymi nazwami mugolskich wynalazków, które przyczyniły się do rewolucji przemysłowej w XIX. wieku. Pomógłbym mu, ale to równałoby się z pozbawieniem siebie rozrywki. A Luke wygląda naprawdę uroczo, kiedy usiłuje myśleć.
- Nie wtrącaj się. Masz swoje podkurzacze, mikrówki i to im powinieneś poświęcić całą uwagę. One cię wzywają. One cię potrzebuuują!
Pokręciłem głową, zapadając się głębiej w miękki, obity szkarłatnym materiałem fotel.
- Ale kiedy to najprawdziwsza, autentyczna prawda – powtórzyłem po raz enty, mając nadzieję, że tym razem mi uwierzy. Jasne, a wróżki istnieją. I garbate aniołki też...
- Przecież za nic bym cię nie uderzył, nie jestem świnią. Nie jestem groźny! – zapeszył się, patrząc na mnie gniewnie.
Znowu pokręciłem głową, wybuchając nerwowym chichotem. Nie jest groźny! Też mi coś. A kto w zeszłym roku prawie wypchnął mnie z wieży astronomicznej? A kto, gdy miałem siedem lat, uprowadził mojego kota, bo nie chciałem się podzielić żelkami? I w końcu kto dwie godziny temu złamał mi nos? To, że za ostatnie jestem mu niezmiernie wdzięczny, bo teraz wyglądam jak prawdziwy facet, to inna sprawa. On. Jest. Groźny. Ostatecznie nie bez powodu mówi się, że cicha woda brzegi rwie.
- Jasne, a ja jestem Kitty Jefferson – burknąłem, otwierając notatnik na ostatnio zapisanej stronie, by po chwili wyszczerzyć się do Marcela w szerokim uśmiechu.
- Nie nadstawiaj się tak – poradził Mike, który na chwile oderwał się od partii magicznych szachów rozgrywanych z Marcelem. - Bo zębów chyba jeszcze ci nikt nie ruszał, nie? - zapytał dla pewności, za co dostał solidnego kopniaka. - Ała, za co to?!
- Za niewinność i miłość do ojczyzny – odparłem, śliniąc końcówkę pióra.
Przeczytałem ostatnie zdanie, urwane na samym początku, i podrapałem się po głowie, zastanawiając się, co właściwie chciałem wtedy napisać.
...na wizja samozagłady, która sama w sobie jest autodestrukcyjna. Tylko, że to już nie może nosić godnego miana czegoś ekscytującego. A szkoda.
- Marcel? – Szatyn podniósł głowę, patrząc na mnie pytająco. – To nie jest pamiętnik.
słów kilka: Jestem z tego średnio zadowolona. Ale żeby przełamać niechęć do Gryfonów i pisania w pierwszej osobie, trzeba powziąć drastyczne kroki... Bez bety, jak zwykle, zatem naprawdę mile widziane wskazanie wszystkich błędów.
skomentuj (16)
©
moje
Menu pod Frankiem, zdjęcie od
Vitaliy'ego.